Autor: Tellomi
Noc na latarniOpowiadanie przygodowe dla dzieci
około 10–12 lat · Około 16 min czytania
- Wiek
- około 10–12 lat
- Czas czytania
- Około 16 min
- Format
- Długie opowiadanie
- Kolekcje
- OdwagaDługie opowiadania12 lat11 lat10 lat
W oknie drukowania możesz wybrać „Zapisz jako PDF”.
Latarnia na Czerwonym Klifie miała sto osiemdziesiąt dwa stopnie. Wojtek policzył je pierwszego dnia wakacji, idąc za wujkiem Markiem po krętych żelaznych schodach, które dudniły pod butami jak bęben. Na samej górze, w szklanej laterni, stała ogromna lampa w obudowie z soczewek, pociętych w pierścienie jak plastry cebuli. Przez drzwiczki wychodziło się stamtąd na galerię: wąski balkon z barierką, dookoła wieży, nad klifem, nad plażą, nad całym szarozielonym Bałtykiem. Wujek wyszedł tam, jakby wychodził na własny ganek. Wojtek stanął w drzwiczkach, spojrzał w dół i poczuł, że kolana ma z waty. Nie wyszedł. Wujek niczego nie skomentował, tylko pokazał mu, jak się przeciera szyby od środka.
Wujek Marek był latarnikiem. Wojtek myślał wcześniej, że latarników już nie ma, że wszystko robią komputery. Okazało się, że lampa rzeczywiście zapala się sama, kiedy zapada zmrok, ale ktoś musi sprawdzać, czy wszystko działa, zapisywać pogodę w grubym zeszycie, naprawiać, malować i w dzień oprowadzać turystów. – Automat nie zauważy, że coś jest nie tak – mówił wujek. – On tylko robi, co ma zapisane. A ja patrzę.
Przez pierwszy tydzień było słonecznie i nudno w najlepszy sposób. Wojtek zbierał na plaży kawałki bursztynu wielkości ziarenek soczewicy, jadł z wujkiem wędzoną flądrę z budki w porcie i uczył się czytać mapę morską, na której zamiast dróg były cyfry głębokości, a zamiast miast boje. Wieczorami siadali w kuchni w domku przy latarni, a z krótkofalówki na parapecie płynęły komunikaty pogodowe dla żeglarzy: kierunek wiatru, siła w skali Beauforta, widzialność. Wojtek nauczył się, że czwórka to przyjemny wiatr, szóstka to już porządne fale, a przy ósemce lepiej w ogóle nie wypływać.
W czwartek rano komunikat zapowiedział na wieczór ósemkę, w porywach dziewiątkę. Niebo było jeszcze niebieskie, ale wujek chodził zamyślony. Sprawdził zapasowy agregat, naładował dużą latarkę szperacz i położył na stole w kuchni lornetkę. – Ludzie czasem nie słuchają prognoz – powiedział. – Albo myślą, że zdążą wrócić przed burzą. Po południu na horyzoncie wyrosła ciemnogranatowa ściana chmur. Morze zmieniło kolor z zielonego na ołowiany, a na falach pojawiły się białe grzywy, najpierw daleko, potem coraz bliżej brzegu.
Sztorm przyszedł o zmroku. Wiatr wył w szczelinach okien, deszcz walił o szyby poziomo, jakby ktoś rzucał garściami żwiru. Latarnia zapaliła się punktualnie i jej światło zaczęło obracać się nad morzem: błysk, ciemność, błysk, ciemność, cztery sekundy przerwy. Wujek poszedł na górę sprawdzić lampę, a Wojtek, który i tak nie mógł zasnąć, poszedł za nim. W laterni było ciepło od lampy, a za grubym szkłem nie było widać nic poza strugami wody i czernią. Tylko co cztery sekundy snop światła wydzierał z ciemności kawałek spienionego morza.
Wujek zszedł na dół zapisać pomiary, a Wojtek został przy szybie. Patrzył na wschód, tam gdzie w dzień widać było długą piaszczystą łachę, którą wujek nazywał Rybacką Mielizną. I wtedy coś zobaczył. Malutkie światełko, niżej niż światła statków na horyzoncie, znikające i pojawiające się między falami. Najpierw pomyślał, że mu się przywidziało. Potem zauważył, że światełko nie świeci równo. Mruga. Krótko, krótko, krótko. Długo, długo, długo. Krótko, krótko, krótko.
Wojtek znał ten znak. Każdy go zna, choćby z filmów, ale co innego widzieć go w filmie, a co innego w prawdziwej ciemności nad prawdziwym morzem. Zbiegł po schodach tak szybko, że dwa razy prawie się poślizgnął. – Wujek! Tam jest SOS! Przy mieliźnie! Wujek nie zapytał, czy jest pewien. Chwycił lornetkę i w kilka sekund był na górze. Długo patrzył, przytrzymując lornetkę obiema rękami. – Masz rację – powiedział w końcu cicho. – Mała łódka. Chyba stoi na kotwicy, ale kotwica pewnie nie trzyma. Fale pchają ją w stronę mielizny.
Wojtek myślał, że teraz wujek zbiegnie do portu, odwiąże jakąś łódź i wypłynie na ratunek, jak w książkach. Wujek zrobił coś zupełnie innego. Wyjął z kieszeni telefon i wybrał numer alarmowy, a w drugiej ręce trzymał już krótkofalówkę nastawioną na kanał szesnasty, ten, którego na morzu nasłuchują wszyscy i na którym wzywa się pomoc. – W taką pogodę na mojej łódce byłbym trzecią osobą do ratowania – powiedział, czekając na połączenie. – Od tego są ratownicy. Mają łodzie, które się nie wywracają, i ludzi, którzy ćwiczą to całe życie. My mamy coś, czego oni nie mają. Widzimy tę łódkę.
Kiedy dyspozytor odebrał, wujek mówił spokojnie i krótko: kim jest, skąd dzwoni, co widzi. Potem dyspozytor zapytał o dokładne miejsce i wujek spojrzał na Wojtka. Na barierce w laterni namalowana była róża wiatrów, z kierunkami co dziesięć stopni. – Wojtek, ustaw się tak, żeby światełko było dokładnie na przedłużeniu kreski. Jaka to liczba? Wojtek przyłożył policzek do zimnej obudowy, zmrużył oczy i czekał, aż światełko znowu mrugnie. – Siedemdziesiąt. Trochę więcej. Siedemdziesiąt pięć. Wujek powtórzył to do telefonu i dodał, że łódka jest mniej więcej w połowie drogi między latarnią a zieloną boją przy wejściu do portu, około półtorej mili od brzegu.
– Ratownicy wypływają – powiedział wujek, kiedy się rozłączył. – Będą za dwadzieścia, może dwadzieścia pięć minut. Prosili, żebyśmy nie spuszczali łódki z oczu i dzwonili, jeśli coś się zmieni. To jest teraz twoje zadanie. Mów mi wszystko, co widzisz. Wojtek przez chwilę czuł tylko dudnienie serca. Potem skupił się na światełku, jakby nic innego na świecie nie istniało. – Mruga. Dalej mruga. Zgasło. Jest znowu. Chyba trochę bliżej mielizny, niż było. Wujek przekazywał to przez radio. Wiatr uderzał w szyby tak mocno, że cała laternia lekko drżała, ale Wojtek przestał to zauważać.
Po kilku minutach wujek wziął duży szperacz i otworzył drzwiczki na galerię. Do środka wdarł się wiatr, zimny i mokry, pachnący solą. – Chcę, żeby wiedzieli, że ich widzimy – krzyknął przez hałas. – Trzymaj mi latarkę, jak będę się przypinał. Przy drzwiczkach wisiała uprząż z karabińczykiem, który wujek przypinał do stalowej liny wzdłuż barierki. Wojtek podał mu latarkę i przytrzymał drzwiczki, stojąc na progu tam, gdzie tydzień wcześniej miał nogi z waty. Wujek skierował snop światła na morze i zamigał nim kilka razy powoli. Po chwili światełko na łódce odpowiedziało tym samym: trzy długie błyski. – Zrozumieli – powiedział wujek i wrócił do środka, cały ociekający wodą.
Najdłuższe były ostatnie minuty. Wojtek liczył błyski latarni, żeby nie liczyć sekund. Sto dwadzieścia błysków. Sto trzydzieści. I wtedy od strony portu wyłoniły się dwa światła, zielone i czerwone, a nad nimi jaskrawy reflektor, który przeczesywał fale. Łódź ratownicza szła prosto przez sztorm, podskakując na grzywach, znikając w dolinach fal i wynurzając się znowu. Reflektor zatrzymał się na małej łódce. Wojtek patrzył przez lornetkę, jak dwie sylwetki w pomarańczowych kombinezonach rzucają linę, jak ktoś na łódce ją łapie za drugim razem, jak łódź ratownicza powoli zawraca w stronę portu, ciągnąc za sobą maleńką łupinkę.
Krótkofalówka zatrzeszczała. Ratownicy przekazali, że na łódce były dwie osoby, obie całe, przemoczone i zmarznięte. Silnik odmówił posłuszeństwa, kiedy próbowali wrócić przed burzą, a kotwica wlokła się po dnie. Jeszcze pół godziny i fale wyrzuciłyby łódkę na mieliznę. Wujek podziękował, odłożył radio i przez chwilę stał bez słowa. Potem położył Wojtkowi rękę na ramieniu. Nic nie powiedział. Nie musiał.
Wojtek zasnął tej nocy na kanapie w kuchni, w swetrze wujka, zanim zdążył zdjąć skarpetki. Kiedy się obudził, było już wpół do dziesiątej, a przez okno wpadało słońce tak jasne, jakby sztorm w ogóle się nie zdarzył. Morze było spokojne i gładkie, tylko na plaży leżały wyrzucone przez fale kupki wodorostów, gałęzie i jeden samotny różowy klapek. Wujek smażył jajecznicę i gwizdał.
Po południu przed domkiem zatrzymał się stary rower z koszykiem. Przyjechała na nim starsza pani w kraciastej koszuli, z krótko obciętymi siwymi włosami, a za nią wysoki mężczyzna z plastrem na czole. – Irena Pawlak – przedstawiła się, podając wujkowi rękę. – To my wczoraj siedzieliśmy w tej łupince. Czterdzieści lat pływam i jeszcze nigdy tak się nie cieszyłam na widok latarni. Powiedzieli nam w porcie, że to jakiś chłopak pierwszy nas zauważył. Z koszyka wyjęła paczkę owiniętą w szary papier. W środku były dwie wędzone flądry, jeszcze ciepłe, i słoik konfitury z czarnego bzu.
Wieczorem wujek wszedł na górę sprawdzić lampę. Wojtek poszedł za nim, licząc stopnie, chociaż znał już ich liczbę na pamięć. W laterni wujek otworzył drzwiczki na galerię i wyszedł na zewnątrz. Wojtek zatrzymał się na progu. Wiał lekki, ciepły wiatr. Pod spodem była ta sama wysokość, ten sam klif i ta sama plaża. Wziął głęboki oddech, zrobił krok i złapał się barierki. Potem drugi krok. Wujek przesunął się, żeby zrobić mu miejsce, i dalej patrzył na morze, jakby nic szczególnego się nie działo.
Słońce zeszło do wody i zostawiło na niebie pomarańczową smugę. Nad głowami zapaliła się lampa i jej snop powoli popłynął nad morzem: błysk, ciemność, cztery sekundy przerwy, błysk. Na wschodzie, przy Rybackiej Mieliźnie, było już tylko spokojne morze i jedna zielona boja kołysząca się na lekkiej fali. Wojtek stał na galerii tak długo, aż pierwsze gwiazdy zapaliły się nad horyzontem. Potem zszedł na dół, sto osiemdziesiąt dwa stopnie, i zasnął, zanim zdążył policzyć błyski na suficie.
Źródło: https://www.tellomi.pl/bajki/opowiadanie-przygodowe-dla-dzieci
Kolejna bajka może być o Twoim dziecku
Zachowamy pomysł z „Noc na latarni” w kreatorze. Wybierzesz bohatera, a Tellomi napisze nową opowieść.
Tworzenie wymaga konta rodzica. Pierwsza bajka za 0 zł, bez karty.


