Autor: Tellomi

Wanda i ostatni smok z Doliny MgiełOpowiadanie o smoku dla dzieci

około 9–11 lat · Około 18 min czytania

Wiek
około 9–11 lat
Czas czytania
Około 18 min
Format
Długie opowiadanie
Kolekcje
SmokiKsiężniczki i rycerzeOdwagaDługie opowiadania11 lat9 lat10 lat

W oknie drukowania możesz wybrać „Zapisz jako PDF”.

Wielkość tekstu: 1 z 3

Zamek Borowiec nie był ani duży, ani sławny. Miał jedną krzywą wieżę, stajnię dla sześciu koni i dziedziniec, na którym od świtu rozlegał się stukot drewnianych mieczy. Właśnie tam dwunastoletnia Wanda od trzech lat uczyła się wszystkiego, co powinna umieć przyszła rycerka: jazdy konnej, czytania map, wiązania węzłów i tego, żeby najpierw patrzeć, a dopiero potem działać. Tej ostatniej umiejętności jej mistrzyni, pani Dobrosława, pilnowała najbardziej.

Pewnego październikowego ranka do bramy zapukał młynarz Bartosz z Zadola. Był zdyszany, a na jego butach zasychało błoto. – Strumień nam wysycha – powiedział, ledwie przestąpił próg. – Koło młyńskie stoi od tygodnia, a zboże czeka na mielenie. Woda przychodzi z Doliny Mgieł. A wszyscy wiedzą, kto tam mieszka.

Wszyscy wiedzieli. W Dolinie Mgieł żył ostatni smok w okolicy, tak stary, że nawet najstarsza babka w Zadolu znała go tylko z opowieści własnej babki. Od lat nikt go nie widział. Czasem tylko z doliny dochodziło niskie dudnienie, jakby ktoś przesuwał kamienie, a mgła zalegała tam gęsto nawet w najbardziej słoneczne dni.

Pani Dobrosława wysłuchała młynarza w milczeniu. Od miesiąca chodziła o kuli, bo spłoszony koń przygniótł jej kolano, i droga przez wąwozy była dla niej za trudna. Spojrzała na Wandę dłużej niż zwykle. – Pojedziesz ty – powiedziała. – Zobaczysz, co się dzieje ze strumieniem, i wrócisz mi o tym opowiedzieć. Nie po to, żeby walczyć. Po to, żeby się dowiedzieć. Weź Orzecha, linę, chleb i latarnię.

Wanda skinęła głową, choć w brzuchu coś jej się przewróciło. Przy pasie nosiła krótki miecz, który dostała na ostatnie urodziny. Przez całą drogę wąską ścieżką wzdłuż strumienia co chwilę dotykała jego rękojeści, jakby sprawdzała, czy wciąż tam jest. Orzech, kudłaty kucyk o grzywie w kolorze kasztanów, szedł spokojnie i tylko strzygł uszami na każdy szelest.

Strumień rzeczywiście był dziwny. Przy młynie ledwie się sączył, ale im wyżej, tym więcej kamieni w jego korycie leżało suchych i białych od osadu. Około południa Wanda dotarła do miejsca, gdzie ścieżka skręcała między dwie skały podobne do zgarbionych pleców. Dalej zaczynała się mgła. Nie była szara jak jesienne opary nad łąką, tylko perłowa i lekko ciepła. Pachniała mokrym kamieniem i czymś jeszcze – jakby dawno wygasłym ogniskiem.

Wanda zsiadła z kucyka i poprowadziła go za uzdę. Widziała najwyżej na trzy kroki przed sobą. Szła wzdłuż wyschniętego koryta, bo tylko ono pewnie wskazywało drogę. W pewnej chwili usłyszała plusk wody, choć przecież koryto było puste. Zrobiła jeszcze kilka kroków i stanęła nad brzegiem jeziorka, którego nie było na żadnej mapie.

Jeziorko było małe i okrągłe, a od strony doliny ktoś zagrodził je wałem z głazów. Każdy głaz był wielki jak beczka. Woda zbierała się za wałem, parowała i unosiła w górę. Nad nią, na płaskiej skale, leżało coś, co Wanda w pierwszej chwili wzięła za pagórek porośnięty szarym mchem. Dopiero kiedy pagórek się poruszył, zobaczyła łuski.

Smok był ogromny i bardzo stary. Łuski na jego grzbiecie miały kolor popiołu, a na brzegach zieleniały jak stare miedziane dachy. Jedno oko zasnuwało mu mleczne bielmo, drugie, złote i spokojne, patrzyło prosto na Wandę. Kiedy odetchnął, z jego nozdrzy nie buchnął ogień, tylko dwa długie pasma mgły, które powoli rozlały się nad wodą.

Ręka Wandy sama powędrowała do miecza. Smok to zauważył. – Możesz go wyjąć – powiedział głosem tak niskim, że poczuła go w kolanach. – Tylko że wtedy rozmowa skończy się, zanim się zaczęła. A szkoda, bo od stu lat nikt tu nie przyszedł porozmawiać. Wanda powoli cofnęła rękę. – Nazywam się Wanda z Borowca – powiedziała i była z siebie dumna, że głos jej nie zadrżał. – Przyszłam w sprawie strumienia.

– Sędziwój – przedstawił się smok i lekko pochylił łeb. – W sprawie strumienia, powiadasz. Dobrze. Ale najpierw zagadka. Tak smoki rozmawiają z gośćmi i nie zamierzam na starość zmieniać obyczajów. Odpowiesz dobrze, powiem ci wszystko, o co zapytasz. Odpowiesz źle, też ci powiem, tylko dłużej będę przy tym marudził. Wanda mimo woli parsknęła śmiechem. Smok wyglądał na zadowolonego.

– Posłuchaj – zaczął. – Im więcej z niej zabierasz, tym większa się staje. Co to takiego? Wanda zmarszczyła brwi. Pomyślała o zamkowej spiżarni, która przed zimą robiła się coraz pustsza, ale przecież nie większa. Pomyślała o drodze, której im więcej przejdziesz, tym mniej zostaje. Potem spojrzała na wał z głazów i na zbocze, z którego smok je wyrwał. W ziemi ziały wielkie, ciemne jamy.

– Dziura – powiedziała. – Im więcej ziemi z niej wybierasz, tym jest większa. – Ha! – Sędziwój uderzył ogonem w skałę tak, że podskoczyły kamyki. – Dobrze. Pytaj więc. – Dlaczego zatamowałeś strumień? W Zadolu stoi młyn. Ludzie nie mają jak zmielić zboża przed zimą. Smok milczał długo. Mgła nad jeziorkiem falowała powoli, jakby ktoś ją mieszał wielką łyżką. – Nie wiedziałem, że tam jest młyn – odezwał się wreszcie. – Kiedy byłem młody, poniżej doliny rósł tylko las. Teraz widzę na jedno oko, a mgła jest gęsta. Myślałem, że ta woda płynie donikąd.

Opowiedział jej wtedy, że stare smoki nie zieją ogniem. Ogień gaśnie w nich z wiekiem, a zostaje tylko ciepło, które zamienia wodę w mgłę. Żeby swobodnie oddychać, Sędziwój musi mieć blisko wodę, i to dużo wody. Przez dziesiątki lat wystarczało mu źródło w jaskini, ale tego lata źródło wyschło. Stawy mu zesztywniały, a oddech zrobił się szorstki i suchy jak stary pergamin. Więc przesunął kilka głazów i zrobił sobie jeziorko.

Wanda usiadła na kamieniu. Wszystko, co przygotowała sobie w drodze – groźne słowa, plan ucieczki, nawet to, jak szybko wyciągnie miecz – nagle przestało pasować. Przed nią nie leżał potwór, który zabrał wodę na złość. Leżał stary, trochę samotny sąsiad, który zrobił coś, nie wiedząc, komu szkodzi. – A gdyby woda się podzieliła? – zapytała powoli. – Część do jeziorka, część do strumienia. Wystarczyłoby ci? – Może by wystarczyło – odparł smok. – Ale głazy to nie sito. Albo zatrzymują wodę, albo nie.

Wanda przypomniała sobie młyn w Zadolu i drewnianą zastawkę, którą młynarz podnosił i opuszczał korbą, żeby na koło płynęło akurat tyle wody, ile trzeba. Wyjęła z torby kawałek węgla drzewnego i na płaskim kamieniu narysowała wał, a w nim wąskie przejście z deską, którą można przesuwać w górę i w dół. – Ludzie z Zadola umieją takie budować – powiedziała. – Gdyby tu przyszli, zrobiliby zastawkę w twoim wale. Woda płynęłaby do nich, a jeziorko by nie wyschło.

Złote oko smoka przyglądało się rysunkowi bardzo długo. – Ludzie nie przychodzą do smoków – powiedział w końcu. – Ludzie boją się smoków. – Ja przyszłam – odparła Wanda. Sędziwój wypuścił z nosa krótki obłoczek, który mógł być westchnieniem, a mógł być śmiechem. Potem zadał jej jeszcze jedną zagadkę, tym razem dla przyjemności, i rozmawiali tak długo, że Orzech zdążył zjeść całą kępę koniczyny przy brzegu.

Tego samego wieczoru Wanda dotarła do Zadola. Przekonać mieszkańców nie było łatwo. Młynarz Bartosz drapał się po głowie, a sołtyska Teodora długo wpatrywała się w rysunek, który Wanda przeniosła na deskę. Ktoś z tyłu mruknął, że smokowi nie można ufać. Wtedy Wanda powiedziała coś, o czym myślała przez całą drogę powrotną. – Sędziwój oddycha mgłą i może ją kierować, gdzie zechce. Zapytałam go, czy wiosną, kiedy przychodzą przymrozki, rozłożyłby mgłę nad waszymi sadami. Pod mgłą mróz nie ścina kwiatów jabłoni. Zgodził się. W izbie zrobiło się cicho. Każdy w Zadolu pamiętał wiosnę sprzed dwóch lat, kiedy jedna mroźna noc zabrała wszystkie jabłka.

Następnego ranka pod skałami podobnymi do zgarbionych pleców stanęło dziewięć osób z łopatami, deskami i korbą od starej zastawki. Wanda prowadziła Orzecha na przedzie. Tym razem mgła była rzadka, prawie przezroczysta, a na płaskiej skale nikogo nie było. Ludzie zaczęli szeptać. Ktoś cofnął się o krok, a ktoś inny mocniej ścisnął trzonek łopaty.

Wanda podeszła do wału i przystanęła zdumiona. W samym środku brakowało trzech największych głazów. Ktoś wyjął je w nocy i ułożył równo na brzegu, zostawiając w wale przejście dokładnie tak szerokie, jak na rysunku węglem. Z jaskini w zboczu dobiegało ciche, ciężkie chrapanie, od którego drżały krople na liściach. – Pracował całą noc – szepnęła Wanda. – Jest zmęczony. Nie budźmy go.

Budowali do zmierzchu. Młynarz Bartosz dopasowywał deski, sołtyska Teodora pilnowała, żeby zastawka stała prosto, a dzieci z Zadola nosiły kamienie mniejsze od pięści i uszczelniały nimi szpary. Pod wieczór Sędziwój wysunął łeb z jaskini i jednym okiem popatrzył na ludzi i na ich robotę. Nic nie powiedział. Tylko odetchnął, a jego oddech rozlał się nad pracującymi ciepłym, wilgotnym obłokiem, pod którym nikomu nie było zimno.

Kiedy młynarz przekręcił korbę, deska uniosła się, a woda z szumem popłynęła starym korytem w dół doliny. Jeziorko obniżyło się o szerokość dłoni i zatrzymało. Wystarczyło dla wszystkich. Sołtyska Teodora podeszła do skały, zdjęła czapkę i powiedziała w stronę jaskini: – Dziękujemy, sąsiedzie. Ze środka dobiegło krótkie, zaspane mruknięcie.

Wanda wróciła do Borowca późną nocą. Pani Dobrosława czekała w kuchni przy piecu, z chorą nogą opartą na zydlu. – No i? – zapytała. – Młyn się kręci – powiedziała Wanda. – A smok ma na imię Sędziwój i uwielbia zagadki. Mistrzyni uniosła brwi i spojrzała na miecz przy pasie uczennicy. Pochwa była zakurzona po drodze, ale rękojeść pozostała sucha i czysta. – Nie wyjmowałaś go. – Nie było po co. Pani Dobrosława nie powiedziała nic więcej. Nalała tylko Wandzie kubek ciepłego mleka z miodem i przysunęła jej stołek bliżej pieca.

Wiosną, w noc pierwszego przymrozku, Wanda długo nie mogła zasnąć. Podeszła do okna w krzywej wieży. Nad Zadolem, nad sadami pełnymi białych kwiatów, leżała gęsta, perłowa mgła, cicha jak pierzyna i ciepła jak czyjś oddech. Gdzieś w dole miarowo skrzypiało młyńskie koło. Wanda wróciła do łóżka, naciągnęła koc pod brodę i zasnęła, zanim zdążyła policzyć do dziesięciu.

Źródło: https://www.tellomi.pl/bajki/opowiadanie-o-smoku-dla-dzieci

Kolejna bajka może być o Twoim dziecku

Zachowamy pomysł z „Wanda i ostatni smok z Doliny Mgieł” w kreatorze. Wybierzesz bohatera, a Tellomi napisze nową opowieść.

Tworzenie wymaga konta rodzica. Pierwsza bajka za 0 zł, bez karty.

Stwórz podobną bajkę

Przeczytajcie też