Autor: Tellomi

Trzeci sol w bazie Ares-7Opowiadanie o kosmosie dla 12-latka

około 10–12 lat · Około 18 min czytania

Wiek
około 10–12 lat
Czas czytania
Około 18 min
Format
Długie opowiadanie
Kolekcje
KosmosDługie opowiadania12 lat11 lat10 lat

W oknie drukowania możesz wybrać „Zapisz jako PDF”.

Wielkość tekstu: 1 z 3

Z daleka Pustynia Błędowska wyglądała tak, jakby ktoś wysypał na środek lasów worek jasnego piasku. Z bliska była prawdziwym pustkowiem: płaskim, pofałdowanym przez wiatr, rozgrzanym tak, że powietrze nad nim drżało. Pośrodku stał biały walec z okrągłymi okienkami, połączony krótkim tunelem z mniejszą kopułą. Na tabliczce przy wejściu ktoś napisał flamastrem: „Baza Ares-7. Ciśnienie w normie. Proszę wycierać buty”. Weronika się uśmiechnęła, choć serce biło jej szybciej niż zwykle. Przez najbliższe trzy doby ona i troje innych uczestników obozu naukowego mieli udawać, że mieszkają na Marsie.

– Zasady są proste – powiedziała doktor Halina Borowiec, która prowadziła obóz, a na czas symulacji zamieniała się w Kontrolę Misji. – Nie wychodzicie bez skafandrów i bez śluzy. Wiadomości wysyłacie przez terminal albo krótkofalówkę. Sygnał radiowy leci z Marsa na Ziemię od trzech do ponad dwudziestu minut, zależnie od tego, gdzie akurat są obie planety. My przyjmujemy dwanaście minut w jedną stronę. Na odpowiedź czekacie więc co najmniej dwadzieścia cztery.

– A jeśli coś się naprawdę zepsuje? – zapytał Oskar, najstarszy w grupie, który mówił szybko i zawsze pierwszy podnosił rękę. Doktor Borowiec wskazała czerwony przycisk przy drzwiach. – Naciskacie go, jeśli komuś coś grozi. Wtedy jestem u was w dwie minuty. Ale zepsuty sprzęt to jeszcze nie zagrożenie. Zepsuty sprzęt to zadanie.

Załoga liczyła cztery osoby. Oskar miał trzynaście lat i zbudował kiedyś rakietę na wodę, która przeleciała nad dachem szkoły. Julka znała na pamięć nazwy wszystkich łazików, jakie kiedykolwiek wylądowały na Marsie, i opowiadała o nich tak, jakby to byli jej dobrzy znajomi. Kajetan, najmłodszy, prawie się nie odzywał, za to od pierwszej godziny rysował w kratkowanym zeszycie schematy wszystkiego, co zobaczył: rur, kabli, zaworów i skrzynek. A Weronika została dowódczynią zmiany, bo tak wypadło w losowaniu z kapelusza. Wcale się o to nie prosiła.

Pierwsze dwa sole minęły spokojnie. Sol to marsjańska doba i trwa o prawie czterdzieści minut dłużej niż ziemska, więc na ścianie wisiał osobny zegar, który z każdym dniem coraz bardziej rozjeżdżał się ze zwykłym. Jedli liofilizowany makaron zalewany wrzątkiem, mierzyli, o ile urosła rzeżucha pod fioletowymi lampami, i przesiewali piasek, który w dzienniku misji nazywali regolitem. Kajetan policzył, że przy grawitacji wynoszącej niecałe czterdzieści procent ziemskiej skoczyłby na Marsie prawie trzy razy wyżej. Julka dodała, że Mars jest rudy, bo w jego pyle jest mnóstwo tlenków żelaza, czyli po prostu rdzy, a powietrze to głównie dwutlenek węgla, do tego tak rzadki, że bez skafandra nie dałoby się przeżyć ani minuty. – Cała planeta jest zardzewiała – powiedział Oskar z zachwytem, jakby to był jego osobisty wynalazek.

Trzeciego sola po południu zerwał się wiatr. Piasek zaczął syczeć o ściany habitatu, a świat za okienkami zrobił się mętny i pomarańczowy. Weronika notowała właśnie wyniki pomiarów, kiedy lampy zamrugały raz, drugi, i zgasły. Wentylator pod sufitem zwolnił z długim westchnieniem i stanął. Ekran terminalu sczerniał. Nagle słychać było tylko wiatr i to, jak cztery osoby jednocześnie wstrzymują oddech.

– Naciskamy czerwony – powiedział od razu Oskar. Weronika spojrzała na przycisk, potem na resztę załogi. Nikt nie był ranny. W środku było ciepło, ale jeszcze nie duszno. Przez ułamek sekundy bardzo chciała, żeby ktoś inny zdecydował za nią. – Nikomu nic nie grozi – powiedziała w końcu, trochę za cicho, więc powtórzyła głośniej. – Dajemy sobie trzydzieści minut. Jeśli zrobi się duszno albo ktoś źle się poczuje, otwieramy drzwi i naciskamy przycisk bez dyskusji. Zgoda?

Oskar prychnął, ale skinął głową. Julka wyjęła z szafki krótkofalówkę na baterie, oklejoną taśmą z napisem „łączność awaryjna”. Weronika podyktowała wiadomość: – Kontrola, tu Ares-7. Utrata zasilania o piętnastej czterdzieści dwie czasu bazy. Załoga cała i zdrowa. Rozpoczynamy diagnozę. Julka zapisała godzinę na kartce. Odpowiedź mogła przyjść najwcześniej za dwadzieścia cztery minuty. Do tego czasu byli zdani na siebie.

Kajetan bez słowa otworzył zeszyt na stronie z pierwszego dnia i położył go na stole. Był tam schemat całej instalacji, narysowany ołówkiem, z podpisami drukowanymi literami: panele słoneczne na dachu małej kopuły, kabel, regulator ładowania, akumulatory w szafce, skrzynka z bezpiecznikami. – Sprawdzamy od końca – zdecydowała Weronika. – Najpierw to, co mamy pod ręką. Oskar obejrzał bezpieczniki: wszystkie całe. Julka poświeciła latarką na wyświetlacz regulatora. Pokazywał dwa komunikaty: „akumulator 3%” i „brak ładowania”.

– Trzy procent? – zdziwił się Oskar. – Rano było prawie pełno. – Rano było pochmurno – przypomniała Julka. – A lampy do rzeżuchy chodziły cały dzień. Panele dawały mało, a teraz nie dają nic. Pewnie przysypał je piasek. Wiecie, że łazik Opportunity przestał działać właśnie po wielkiej burzy pyłowej? Pył zasłonił słońce i łazik nie mógł się naładować. Lądownik InSight skończył podobnie, tylko wolniej, bo kurz osiadał na jego panelach latami. – Bardzo pocieszające – mruknął Oskar, ale już sięgał po skafander.

Skafandry były białymi kombinezonami z plecakami, w których zamiast butli z tlenem siedziały małe wentylatorki, i hełmami z pleksi, na których oddech szybko zostawiał mgiełkę. Z zewnątrz wyglądały trochę śmiesznie. W środku nikomu nie było do śmiechu. Weronika zdecydowała, że wyjdzie z Oskarem, a Julka i Kajetan zostaną przy radiu i schemacie. W śluzie, ciasnej komórce między dwojgiem drzwi, trzeba było odczekać trzy minuty, bo tyle na prawdziwym Marsie trwałoby wypompowanie powietrza. – Serio mamy tu stać? – Oskar już trzymał rękę na klamce. – Na Marsie te trzy minuty ratowałyby ci życie – odpowiedziała Weronika. – Tutaj kosztują cię tylko trzy minuty. Postoimy.

Na zewnątrz wiatr sypał piaskiem w szybki hełmów, a słońce wisiało nad lasem jak mętna miedziana moneta. W słuchawce odezwał się głos Julki: – Na Marsie niebo w dzień wygląda podobnie, jest kremowo-rude od pyłu. Za to zachody słońca są tam niebieskie. Wyobrażacie sobie? Weronika nie odpowiedziała, bo wspinała się właśnie po drabince na niski dach kopuły. Panele rzeczywiście pokrywała cienka, jasna warstwa piasku. Zmiotła ją miękką szczotką, pas po pasie, tak jak uczono ich pierwszego dnia, żeby nie porysować szkła.

– Julka, jest ładowanie? – zapytała. Minęło kilka sekund. – Nie. Dalej pisze „brak ładowania”. Weronika poczuła ciężar w żołądku. Zrobili wszystko, co wymyślili, i nic. Wtedy Oskar, który obchodził kopułę dookoła, zamachał do niej ręką. Przy krawędzi dachu łopotała luźna plandeka, którą ktoś kiedyś przywiązał, żeby osłaniała skrzynkę z przyłączami. Wiatr szarpał nią od godziny, aż wreszcie wyrwał z gniazda wtyczkę kabla od paneli. Wisiała teraz w powietrzu i kołysała się jak wahadło.

Oskar od razu się schylił, żeby wetknąć ją z powrotem. – Czekaj! – Weronika złapała go za rękaw. – Kajetan, co mówi karta? Kajetan miał przed sobą zalaminowaną instrukcję, którą wszyscy przeczytali pierwszego dnia i której nikt nie pamiętał. – Najpierw wyłączyć regulator. Potem podłączyć panele. Potem włączyć regulator – odczytał powoli. – Inaczej może iskrzyć i coś się spali. Oskar cofnął rękę. Julka wyłączyła regulator w środku i potwierdziła przez radio. Weronika wcisnęła wtyczkę do oporu, aż kliknęła, a Oskar przywiązał plandekę podwójnym węzłem, tym razem z dala od kabli. – Włączam – powiedziała Julka. A potem, po chwili, która ciągnęła się bardzo długo: – Zielona dioda. Jest ładowanie!

Kiedy wrócili przez śluzę, grzecznie odczekując trzy minuty, w habitacie paliła się jedna lampka. Wentylator ruszył, ale akumulator wciąż był prawie pusty, a słońce za godzinę miało zejść nisko nad las. Trzeba było wybrać. Kajetan wypisał w zeszycie, ile prądu bierze każde urządzenie: wentylator trzydzieści watów, lampy do roślin sto dwadzieścia, terminal czterdzieści. – Rzeżucha się obrazi – westchnęła Julka. – Rzeżucha przeżyje jedną noc bez lamp – odpowiedziała Weronika. – A my bez wentylatora będziemy spać jak w zakręconym słoiku. Zostawili wentylator na pół mocy, jedną lampkę i wyłączony do rana terminal.

O szesnastej dziewięć zatrzeszczała krótkofalówka. – Ares-7, tu Kontrola. Otrzymałam waszą wiadomość. Informuję, że nie planowaliśmy tej awarii. Czy potrzebujecie pomocy? Czekam na odpowiedź. Przez moment wszyscy patrzyli po sobie, a potem Oskar parsknął śmiechem, a za nim cała reszta. Pomoc nadeszła dokładnie wtedy, kiedy przestała być potrzebna. Weronika nacisnęła przycisk nadawania i spokojnie, punkt po punkcie, przedstawiła raport: przyczyna, działania, stan akumulatora, plan na noc. Na koniec dodała: – Plandeka przywiązana z dala od kabli. Proponujemy, żeby następna załoga też to sprawdzała.

Odpowiedź na raport przyszła dopiero przy kolacji. Doktor Borowiec napisała krótko: „Raport przyjęty. Na prawdziwym Marsie nikt nie przybiegłby do was w dwie minuty. Dzisiaj też nie musiał”. Oskar przeczytał to dwa razy, a potem bez słowa podsunął Weronice ostatnią porcję liofilizowanej szarlotki, o którą wszyscy spierali się od trzech dni.

Wieczorem wiatr ucichł tak nagle, jak się zerwał. Piasek za okienkami znowu był zwykłym piaskiem, a nie pomarańczową mgłą. Niebo nad pustynią pociemniało i zrobiło się czyste, z gwiazdami gęstszymi niż w mieście. Julka przycisnęła czoło do szyby i pokazała palcem jasny, lekko czerwonawy punkt nad linią lasu. – To chyba on. Mars. Kajetan pierwszy raz tego dnia odezwał się sam z siebie: – Ma dwa księżyce, Fobosa i Deimosa. Fobos okrąża go tak szybko, że gdyby tam stać, widziałoby się, jak wschodzi na zachodzie i zachodzi na wschodzie. Dwa razy w ciągu jednego sola.

Oskar położył się na swojej wąskiej pryczy i przez chwilę patrzył w sufit. – Dobrze, że nie nacisnęliśmy tego przycisku – powiedział cicho, trochę jakby do siebie. Weronika nic nie odpowiedziała, tylko uśmiechnęła się w ciemności. Otworzyła dziennik misji i zapisała pod datą: „Sol 3. Utrata zasilania z powodu piasku na panelach i odłączonej wtyczki. Usterka usunięta w 26 minut. Załoga zdrowa. Rzeżucha lekko obrażona”.

Wentylator szumiał równo na pół mocy. Gdzieś daleko za lasem przejechał pociąg, stukając cicho i miarowo. Weronika pomyślała, że prawdziwi astronauci pewnie też tak leżą po trudnym dniu: zmęczeni, trochę dumni i zbyt śpiący, żeby o tym rozmawiać. Czerwony punkt powoli przesuwał się w okienku. Zanim zniknął za jego krawędzią, cała załoga Ares-7 już spała.

Źródło: https://www.tellomi.pl/bajki/opowiadanie-o-kosmosie-dla-12-latka

Kolejna bajka może być o Twoim dziecku

Zachowamy pomysł z „Trzeci sol w bazie Ares-7” w kreatorze. Wybierzesz bohatera, a Tellomi napisze nową opowieść.

Tworzenie wymaga konta rodzica. Pierwsza bajka za 0 zł, bez karty.

Stwórz podobną bajkę

Przeczytajcie też