Autor: Tellomi

Robot, który szedł do słońcaOpowiadanie o robocie dla dzieci

około 9–11 lat · Około 16 min czytania

Wiek
około 9–11 lat
Czas czytania
Około 16 min
Format
Długie opowiadanie
Kolekcje
PrzyjaźńDługie opowiadania11 lat9 lat10 lat

W oknie drukowania możesz wybrać „Zapisz jako PDF”.

Wielkość tekstu: 1 z 3

Plakat wisiał na drzwiach sali od informatyki od poniedziałku: „Szkolny konkurs robotyki. Temat: robot, który pomaga. Prezentacje w piątek za trzy tygodnie, w auli”. Szymon przeczytał go cztery razy i jeszcze tego samego popołudnia wyciągnął spod łóżka pudło z zestawem, który dostał na urodziny. W środku była płytka z mikrokontrolerem, dwa silniczki z kółkami, koszyk na baterie, plątanina kolorowych kabelków i dwa małe czujniki światła, które wyglądały jak oczy owada.

Pomysł miał od razu. Robot będzie jeździł po czarnej linii naklejonej na ławce i dowoził kredę, gumkę albo karteczkę z jednego końca klasy na drugi. Taki robot-listonosz. Czujniki patrzyły w dół, na ławkę. Jeśli lewy widział ciemną taśmę, a prawy jasny blat, robot skręcał w lewo. Jeśli odwrotnie, w prawo. Szymon siedział nad tym przez dwa tygodnie, wieczorami, przy biurku pod lampką. Pisał program na starym laptopie taty, poprawiał, wgrywał, znowu poprawiał. Tata przyniósł mu z piwnicy kawałek sklejki na podwozie, a mama pozwoliła zająć pół stołu w kuchni na tor z czarnej taśmy izolacyjnej. W środę wieczorem robot przejechał cały tor bez jednego błędu. Szymon nazwał go Kropek, od czerwonej diody, która świeciła mu na czubku.

W czwartek Szymon zabrał Kropka do szkoły, żeby na długiej przerwie pokazać go pani Jadwidze, która prowadziła koło informatyczne. Nakleił tor na ławkę pod oknem, postawił Kropka na starcie i włączył. Kropek ruszył, przejechał pięć centymetrów wzdłuż taśmy, a potem skręcił w prawo, prosto w stronę okna, zjechał z linii i uderzył kółkiem w piórnik. Szymon ustawił go jeszcze raz. To samo. I jeszcze raz. Za każdym razem Kropek porzucał czarną linię i jechał w stronę szyby, przez którą wpadało jaskrawe wrześniowe słońce.

Wokół ławki zebrała się już spora grupka. Ktoś się zaśmiał. – Twój robot chce wyjść na przerwę – powiedział Kuba z ostatniej ławki, a kilka osób parsknęło. Szymon poczuł, że uszy robią mu się gorące. Wyłączył Kropka, schował go do plecaka i przez całą matematykę nie słyszał ani słowa z tego, co mówiła pani. W domu Kropek znowu jeździł idealnie. Szymon nic z tego nie rozumiał.

Wieczorem Szymon postawił Kropka na kuchennym stole i długo na niego patrzył. Robot stał na starcie, z czerwoną diodą na czubku, i wyglądał dokładnie tak samo jak w środę, kiedy przejechał cały tor bez jednego błędu. Szymon miał ochotę rozkręcić go na części i schować z powrotem do pudła pod łóżkiem. Tata usiadł obok z kubkiem herbaty, niczego nie doradzał, tylko zapytał, co dokładnie robił Kropek w klasie. Szymon opowiedział. – Czyli za każdym razem to samo? – upewnił się tata. – To dobrze. Najgorsze są błędy, które robią co chwilę coś innego. Szymon nie wiedział, co w tym dobrego, ale Kropka nie rozkręcił.

Następnego dnia na przerwie podszedł do niego Dawid. Dawid siedział w ławce przy oknie, prawie nigdy nie odzywał się pierwszy i od początku roku zajmował się klasowymi kwiatkami, bo nikt inny nie chciał. Szymon znał go głównie z tego, że rysował na marginesach zeszytów bardzo dokładne liście. – Twój robot – zaczął Dawid, patrząc gdzieś w bok. – On nie jeździł byle gdzie. On jechał do słońca. Za każdym razem w to samo miejsce. Jak rozsada u mojej babci. Ona stawia skrzynki z pomidorami na parapecie, a one się wszystkie wyginają do szyby. Babcia mówi, że rośliny idą do światła.

Szymon już otwierał usta, żeby powiedzieć, że robot to nie pomidor. I wtedy zrozumiał. Jego czujniki światła nie wiedziały, co to jest czarna taśma. Wiedziały tylko, gdzie jest jaśniej, a gdzie ciemniej. Wieczorem w domu jedynym światłem była lampka nad biurkiem, więc ciemna taśma była ciemna, a jasny stół jasny. A w klasie, w pełnym słońcu, prawy czujnik, ten od strony okna, dostawał tyle światła, że Kropek głupiał i skręcał w stronę, gdzie było najjaśniej. – On się nie pomylił – powiedział Szymon powoli. – On robił dokładnie to, co mu kazałem. Tylko ja nie przewidziałem słońca.

Dawid pokiwał głową, a potem spojrzał na parapet. Stały tam trzy doniczki: pelargonia, zielistka z długimi paskowanymi liśćmi i bazylia, która w tym tygodniu dostała żółtych plam. – Wiesz, co jest najgorsze z tymi kwiatkami? – zapytał. – Słońce wpada rano z tej strony, a po południu przesuwa się na drugi koniec parapetu. Bazylia stoi w cieniu prawie cały dzień. Codziennie ją przesuwam, ale w piątek i w weekend nikt tego nie robi. Wtedy Szymonowi przyszło do głowy coś, co było tak proste, że aż się roześmiał. – A gdyby robot sam ją przesuwał? Tam, gdzie jest słońce?

Przez następny tydzień spotykali się po lekcjach u Szymona. Dawid przynosił ze sobą ołówki, gumkę i zeszyt z rysunkami, a Szymon laptopa. Odwrócili czujniki tak, żeby patrzyły nie w dół, tylko w górę i na boki, jak dwoje oczu. Program napisali od nowa, prościej niż za pierwszym razem. Jeśli lewe oko widzi więcej światła, skręć w lewo. Jeśli prawe, w prawo. Jeśli oba widzą dość, stój i odpoczywaj. Na Kropku zamiast koszyka na kredę stanęła mała plastikowa podstawka, idealnie na doniczkę z bazylią. Dawid narysował dla niego nowe imię na kawałku kartonu i przykleił z przodu. Kropek od teraz nazywał się Słonecznik.

Dawid okazał się kimś zupełnie innym, niż Szymon myślał. W szkole mówił półgłosem, a u Szymona w pokoju, nad kartką papieru, potrafił tłumaczyć przez dziesięć minut, jak rośliny wyczuwają światło i dlaczego liście bazylii obracają się w ciągu dnia. Narysował też plan nowego podwozia, tak dokładny, że Szymon mógł go przyłożyć do sklejki i odrysować. Mama Szymona usmażyła im naleśniki z serem, a Dawid zjadł cztery i powiedział, że jego babcia robi prawie takie same, tylko z rodzynkami. Po drugim spotkaniu wymienili się numerami telefonów. Po trzecim Dawid przyniósł dla Kropka małą doniczkę, pomalowaną na żółto.

Pierwsza próba na parapecie w pokoju Szymona skończyła się prawie katastrofą. Słonecznik ruszył ładnie do słońca, ale jechał dalej i dalej, prosto do krawędzi parapetu. Dawid złapał go w ostatniej chwili, razem z doniczką, a trochę ziemi i tak wysypało się na dywan. Przez chwilę obaj siedzieli na podłodze i śmiali się tak, że mama Szymona zajrzała do pokoju, czy wszystko w porządku. Potem wzięli się do roboty. Z zapasowego czujnika zrobili trzecie oko, skierowane w dół przed kółkami. Kiedy pod robotem kończył się parapet, oko widziało nagłą ciemność i Słonecznik się zatrzymywał, a potem cofał. Tym razem Szymon zaplanował to dokładnie. Sprawdzili dwadzieścia razy. Ani razu nie spadł.

W piątek aula była pełna. Stało tam dziewięć robotów: robot, który zbierał śmieci z podłogi, robot podlewający, który trochę przeciekał, robot, który odczytywał plan lekcji na głos metalicznym głosem, i taki, który nie ruszył w ogóle, bo zapomniano naładować baterii. Kiedy przyszła kolej Szymona i Dawida, pani Jadwiga ustawiła na stole długą deskę jako parapet, a na drugim końcu postawiła włączoną lampę biurkową zamiast słońca. Słonecznik stał z bazylią w cieniu. Szymon nacisnął przycisk.

Robot przez chwilę stał bez ruchu, jakby się zastanawiał. Potem obrócił się powoli w stronę lampy i ruszył, najpierw trochę zygzakiem, a potem coraz pewniej. W sali zrobiło się cicho. Dawid wstrzymał oddech. Słonecznik dojechał do plamy światła, zatrzymał się w jej środku, a potem, kiedy pani Jadwiga przesunęła lampę na bok, grzecznie ruszył za nią, jak kot za promieniem słońca. Na koniec pani dyrektor, żeby sprawdzić, przesunęła lampę na samą krawędź deski. Słonecznik dojechał do skraju, zobaczył pustkę pod kółkami i stanął. Zakołysał się. Bazylia zadrżała liśćmi. Nie spadła.

Ktoś zaczął klaskać, a potem klaskała cała aula. Kuba z ostatniej ławki zawołał, że on też chce takiego do swoich kaktusów. Szymon i Dawid nie zajęli pierwszego miejsca, bo wygrał robot, który zbierał śmieci, i szczerze mówiąc, zasłużył. Dostali za to wyróżnienie za najlepszy pomysł. Pani Jadwiga zapytała, skąd go wzięli. Szymon spojrzał na Dawida. – Z błędu – powiedział. – I od Dawida. On pierwszy zauważył, dokąd robot jedzie.

Pani dyrektor poprosiła, żeby Słonecznik został w ich klasie, na parapecie przy ławce Dawida. Od poniedziałku przy każdej przerwie ktoś podchodził go oglądać. Robot przez cały dzień przesuwał się powolutku za słońcem, z bazylią na grzbiecie, a bazylia po tygodniu straciła żółte plamy i wypuściła nowe, jasnozielone listki. Dawid zaczął przynosić do szkoły nowe rysunki: projekty robota, który zmierzy wilgotność ziemi, i drugiego, który pojedzie za cieniem, dla paproci. Szymon pokazywał mu, jak pisać programy. Siadali razem na każdej przerwie i zwykle mieli dużo więcej planów niż czasu.

W piątkowe popołudnie, kiedy szkoła już opustoszała, obaj zostali jeszcze na chwilę w klasie, bo Dawid musiał podlać kwiatki. Słońce stało nisko i zaglądało przez ostatnie okno, pomarańczowe i ciepłe. Słonecznik powoli, milimetr po milimetrze, przejechał na sam koniec parapetu, tam gdzie leżała ostatnia plama światła, i zatrzymał się z bazylią zwróconą do szyby. Kiedy słońce schowało się za blokiem naprzeciwko, robot jeszcze przez chwilę stał, jakby czekał, czy wróci. Potem jego czerwona dioda przygasła do spokojnego, równego blasku. – Dobranoc, Słoneczniku – powiedział Dawid. Szymon zgasił światło i cicho zamknęli za sobą drzwi.

Źródło: https://www.tellomi.pl/bajki/opowiadanie-o-robocie-dla-dzieci

Kolejna bajka może być o Twoim dziecku

Zachowamy pomysł z „Robot, który szedł do słońca” w kreatorze. Wybierzesz bohatera, a Tellomi napisze nową opowieść.

Tworzenie wymaga konta rodzica. Pierwsza bajka za 0 zł, bez karty.

Stwórz podobną bajkę

Przeczytajcie też