Autor: Tellomi
Azymut na ogniskoOpowiadanie dla 12-latka o nocnej grze na obozie
około 11–12 lat · Około 16 min czytania
- Wiek
- około 11–12 lat
- Czas czytania
- Około 16 min
- Format
- Długie opowiadanie
- Kolekcje
- PrzyjaźńDługie opowiadania12 lat11 lat
W oknie drukowania możesz wybrać „Zapisz jako PDF”.
Telefony oddało się pierwszego dnia do metalowej skrzynki w namiocie komendy i po trzech dniach Igor przestał odruchowo sięgać do kieszeni. Obóz stał na polanie w Borach Tucholskich, między sosnami tak prostymi i wysokimi, że wyglądały jak kolumny w ogromnym kościele bez dachu. Rano pachniało żywicą i mokrym igliwiem, w południe nagrzanym piaskiem, a wieczorem dymem z ogniska. Zasięgu i tak nie było. Najbliższa wieś, w której telefon łapał jedną kreskę, leżała sześć kilometrów dalej, po drugiej stronie jeziora.
Igor był zastępowym Rysiów i bardzo chciał, żeby to było widać. Marysia umiała zawiązać węzeł ratowniczy z zamkniętymi oczami i grała wieczorami na ukulele. Róża była najmłodsza i trochę bała się ciemności, choć nikomu tego nie mówiła. A Tadek był nowy. Przyjechał z innego miasta, prawie się nie odzywał i w wolnym czasie siedział pod sosną z mapą okolicy, jakby czytał powieść. Drugiego dnia, na zajęciach z terenoznawstwa, wszyscy mierzyli swój parokrok, czyli liczyli, ile razy stawiają lewą nogę na odcinku stu metrów. Igor wyszedł sześćdziesiąt dwa, może sześćdziesiąt cztery, nie chciało mu się sprawdzać drugi raz. Tadek przeszedł ten odcinek pięć razy, aż za każdym razem wychodziło mu dokładnie sześćdziesiąt siedem. – Po co ci to? – zapytał wtedy Igor. Tadek wzruszył ramionami. – Żeby wiedzieć.
Czwartego wieczoru druhna Agata, drużynowa, zebrała wszystkich przy maszcie. – Dzisiaj nocna gra na orientację – powiedziała i podniosła mapę w skali jeden do dwudziestu pięciu tysięcy. – Cztery punkty kontrolne. Na każdym wisi lampion i dziurkacz, którym przebijacie kartę. Każdy zastęp dostaje mapę, kompas, gwizdek, a każdy z was czołówkę. Zasada pierwsza: trzymacie się razem. Zasada druga: jeśli się zgubicie, stajecie w miejscu i dajecie trzy długie gwizdki. Na trasie są instruktorzy, przyjdziemy. Zastęp, który wróci pierwszy, przez tydzień nie zmywa kotłów. Ktoś jęknął z tęsknoty. Kotły po kaszy manny były legendarne.
Rysie wyruszyli o dwudziestej drugiej, zaraz po Wilkach i przed Sokołami. Pierwszy punkt był łatwy: stary dąb przy leśnej drodze, dwieście metrów od bramy obozu. Igor szedł na czele, świecąc na mapę, i narzucił takie tempo, że Róża musiała podbiegać. Tadek szedł z tyłu i coś szeptał pod nosem. – Co ty tam mamroczesz? – Liczę. – Nie ma czasu na liczenie – rzucił Igor przez ramię. – Wilki są przed nami.
Las w nocy był zupełnie innym lasem niż ten, po którym chodzili w dzień. Sosny zlewały się w czarną ścianę, a światło czołówek wydzierało z niej tylko pojedyncze pnie, paprocie i kępy borówek, które wyskakiwały z ciemności i znikały. Pod butami trzaskały suche gałązki, a każdy trzask brzmiał dwa razy głośniej niż za dnia. Róża szła tuż za Marysią i co jakiś czas oglądała się przez ramię. Raz coś zaszeleściło w krzakach tak blisko, że wszyscy stanęli jak wryci. Z paproci wyskoczyła żaba, przysiadła na ścieżce w kręgu światła i spojrzała na nich z wyraźną pogardą. Marysia parsknęła śmiechem i nawet Róża się uśmiechnęła.
Drugi punkt, drewniany mostek nad strumieniem, też znaleźli bez kłopotu, bo prowadziła do niego ścieżka. Lampion kołysał się na barierce, a pod mostkiem woda szemrała po kamieniach. Igor przebił kartę i poświecił na mapę. Trzeci punkt, ambona myśliwska na skraju śródleśnej polany, leżał sześćset metrów dalej na azymut dwieście czterdzieści stopni. Bez ścieżki. Przez las. Daleko między pniami migały światła czołówek Wilków.
– Idziemy tą drogą – Igor wskazał leśny dukt, który odchodził od mostka mniej więcej w tę stronę. – Będzie szybciej niż przez krzaki. Tadek podszedł i spojrzał na mapę. – Ta droga na mapie skręca na południe. Po jakichś trzystu metrach. – Mapa jest pewnie stara – powiedział Igor. – Poza tym to tylko trochę. Potem się odbije. Tadek otworzył usta, ale Igor już szedł. Marysia spojrzała na Tadka, Tadek na Marysię, i poszli za zastępowym.
Po kwadransie polany nie było. Za to ziemia pod butami zrobiła się dziwnie miękka, a sosny ustąpiły miejsca niskim, krzywym brzózkom. W powietrzu pachniało wodą i butwiejącymi liśćmi. Gdzieś z boku zaczęły rechotać żaby, najpierw jedna, potem cały chór. Marysia wdepnęła w mech, który okazał się kałużą, i wody nabrało jej się do buta. I wtedy czołówka Róży zamrugała, przygasła i zgasła zupełnie. Ciemność od razu zrobiła się gęsta jak atrament. Z daleka odezwał się puszczyk: długie, drżące „huuu-hu-hu-huuu”. – Igor – powiedziała cicho Róża. – Gdzie my jesteśmy?
Igor nie wiedział. Stał z mapą w ręku i patrzył na zielone i niebieskie plamy, które nagle przestały cokolwiek znaczyć. Pomyślał o gwizdku. Trzy długie gwizdki oznaczały, że się poddają, że przyjdzie instruktor i że cały obóz się dowie, kto zabłądził w pierwszą noc gry. Pomyślał też o Róży, której głos drżał, i o mokrym bucie Marysi. Przełknął ślinę i odwrócił się do Tadka. – Ty liczyłeś – powiedział. To nie było pytanie. – Wiesz, gdzie jesteśmy?
– Mniej więcej – odparł Tadek. – Od mostka zrobiliśmy dwieście sześćdziesiąt parokroków. To prawie czterysta metrów. Przy zakręcie sprawdziłem kompas, droga poszła na południe, tak jak na mapie. – Poświecił swoją czołówką i położył palec na niebieskim kreskowaniu. – Czyli jesteśmy tutaj. Przy bagienku. Polana jest na północny zachód od nas. A strumień płynie spod mostka prosto do polany, zobacz. Wystarczy iść na północ, aż dojdziemy do strumienia, i potem wzdłuż niego z biegiem wody. On nas doprowadzi jak poręcz.
Igor patrzył na mapę jeszcze przez chwilę. Potem złożył ją tak, żeby było widać tylko ich kawałek lasu, i podał Tadkowi. – Prowadź. Ja będę trzymał kompas i pilnował kierunku. Marysia, świecisz pod nogi Róży. Róża idzie między nami. Marysia wylała wodę z buta, zawiązała go mocniej i wzięła Różę za rękę. Ruszyli na północ, powoli, noga za nogą. Tadek liczył na głos, cicho i miarowo, a Igor co kilkanaście kroków zerkał na fosforyzującą igłę kompasu i poprawiał kierunek o kilka stopni.
To Róża pierwsza usłyszała strumień. Zatrzymała się, przekrzywiła głowę i powiedziała: – Słyszycie? Szumi. Tam, trochę w prawo. Wszyscy zamilkli. Rzeczywiście, spod rechotu żab wyłaniał się cienki, równy szmer wody na kamieniach. Po chwili stali na brzegu wąskiego strumienia, w którym odbijało się światło czołówek. Róża uśmiechała się tak szeroko, że było to widać nawet w ciemności. Od tej chwili szła pierwsza i nasłuchiwała, żeby nie stracić wody z uszu.
Strumień wił się między olchami i po kilkuset metrach las nagle się otworzył. Przed nimi leżała polana, srebrna od księżyca i mgły, która snuła się nisko nad trawą jak mleko rozlane w wodzie. Na jej skraju, na wysokich nogach, stała ambona myśliwska, a na jej drabince kołysał się ciepły, pomarańczowy lampion. Pod amboną na składanym stołeczku siedział druh Paweł z termosem. – Rysie! – ucieszył się. – Widziałem światełka, które kręciły się przy bagienku, i już się zbierałem, żeby po was iść. Ale widzę, że daliście radę sami. Kto was wyprowadził? Igor spojrzał na Tadka. – Tadek. I Róża. Ona usłyszała strumień.
Druh Paweł nalał każdemu po pół kubka ciepłej herbaty z miodem i nic więcej nie mówił. Igor przebił kartę dziurkaczem. Do czwartego punktu i do obozu prowadził już Tadek, a Igor szedł obok niego i zadawał pytania: jak się liczy, kiedy droga idzie pod górę, co robić, jak się zgubi rachubę, jak się w nocy rozpoznaje północ bez kompasu. Tadek odpowiadał coraz dłuższymi zdaniami. Okazało się, że jego dziadek był leśnikiem i przez całe dzieciństwo zabierał go na obchody, a parokrok zmierzyli razem, kiedy Tadek miał osiem lat, na ścieżce za leśniczówką.
Do obozu dotarli jako czwarci z pięciu zastępów. Wilki już dawno wróciły i świętowały tydzień bez kotłów, tańcząc przy ognisku coś, co miało być tańcem zwycięstwa. Igor zauważył, że wcale go to nie obchodzi. Ognisko płonęło wysoko, iskry leciały prosto w górę, między czubki sosen, i gasły gdzieś pod gwiazdami. Marysia wyciągnęła ukulele i zagrała piosenkę o wędrówce, którą wszyscy znali. Druhna Agata rozdała kubki gorącej herbaty z cytryną z wielkiego osmalonego czajnika, a Róża usiadła między Marysią a Tadkiem i po raz pierwszy tego wieczoru nie oglądała się na ciemny las za plecami.
Igor przysiadł się do Tadka na ławce z połówki sosnowego pnia. Przez chwilę patrzyli razem w ogień. – Jutro zmywamy kotły – powiedział Igor. – Pomogę ci – odparł Tadek. – Mówię serio, dziadek mnie nauczył, jak się szoruje kaszę piaskiem. Igor parsknął śmiechem, a Tadek po raz pierwszy od przyjazdu zaśmiał się na głos. Ktoś z Sokołów zapytał, z czego się śmieją, ale żaden z nich nie umiał tego wytłumaczyć.
Kiedy ognisko przygasło do czerwonego żaru, poszli do namiotu. Płótno pachniało dymem, śpiwory były chłodne, a potem coraz cieplejsze. Róża wyszeptała w ciemności „dobranoc, Rysie” i zasnęła, zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć. Igor leżał jeszcze przez chwilę z otwartymi oczami. Gdzieś daleko, za polaną, znowu odezwał się puszczyk: długie, drżące „huuu-hu-hu-huuu”. Tym razem brzmiało to po prostu jak ktoś, kto również nie może jeszcze zasnąć. Igor odwrócił się na bok i zaczął liczyć, cicho, jak Tadek. Nie doszedł nawet do trzydziestu.
Źródło: https://www.tellomi.pl/bajki/opowiadanie-dla-12-latka
Kolejna bajka może być o Twoim dziecku
Zachowamy pomysł z „Azymut na ognisko” w kreatorze. Wybierzesz bohatera, a Tellomi napisze nową opowieść.
Tworzenie wymaga konta rodzica. Pierwsza bajka za 0 zł, bez karty.


