Autor: Tellomi
Zegar, który wybił czwartąOpowiadanie detektywistyczne dla dzieci
około 10–12 lat · Około 17 min czytania
- Wiek
- około 10–12 lat
- Czas czytania
- Około 17 min
- Format
- Długie opowiadanie
- Kolekcje
- Zagadki detektywistyczneDługie opowiadania12 lat11 lat10 lat
W oknie drukowania możesz wybrać „Zapisz jako PDF”.
Pracownia pana Ignacego Wawrzyniaka mieściła się na parterze starej kamienicy przy ulicy Lipowej, z oknem wychodzącym na podwórko. Kto do niej wchodził, najpierw słyszał, a dopiero potem widział: dziesiątki zegarów tykały na ścianach, na półkach i na długim stole pod oknem, każdy trochę innym głosem. Jedne szybko i cienko jak krople z kranu, inne powoli i poważnie, jakby odliczały coś bardzo ważnego. Kalina z pierwszego piętra zaglądała tu prawie codziennie po szkole. Pan Ignacy pozwalał jej oglądać przez lupę kółka zębate mniejsze od ziarnka ryżu i nigdy nie pytał, czy odrobiła lekcje.
W tę sobotę na stole pod oknem stał zegar pana Czesława z trzeciego piętra: mosiężny, z czterema kolumienkami i szklaną kopułą, pod którą kołysało się wahadełko. Pan Ignacy czyścił go przez cały tydzień, a rano nakręcił i ustawił. – Wybija pełne godziny dwoma tonami, wysokim i niskim – mówił z dumą. – Ding-dong, ding-dong. Nie pomylisz go z żadnym innym zegarem w tym mieście. Pan Czesław kończy dziś osiemdziesiąt lat, a ja mu obiecałem, że w sobotę po południu zegar będzie gotowy. Nad zegarem, na mosiężnym haczyku, wisiał kartonowy kwit z numerem czterdzieści siedem i nazwiskiem właściciela. Pan Ignacy wieszał taki kwit przy każdej naprawianej rzeczy.
Kalina wyszła z pracowni po drugiej, bo umówiła się ze Staszkiem z parteru na rowery. Kiedy wrócili za dwadzieścia trzecia, pan Ignacy stał na środku pracowni blady jak kartka papieru. – Zszedłem do piwnicy po pudełko ze sprężynami – powiedział. – O czternastej dziesięć. Wróciłem o czternastej trzydzieści pięć. Drzwi zostawiłem otwarte, jak zawsze, przecież tu wszyscy się znamy. I zegara pana Czesława nie ma. Kwitu też nie ma.
Kalina rozejrzała się uważnie. Okno na podwórko było otwarte na oścież, a firanka wydymała się jak żagiel. Na podłodze leżała sterta papierów, które pan Ignacy zdążył już zebrać ze wszystkich kątów, bo przeciąg porozwiewał mu po pracowni zamówienia i rachunki. Pod oknem stał stary żeliwny kaloryfer, a za nim ciemniała wąska szpara pełna kurzu. Najdziwniejsze było jednak co innego: tuż obok pustego miejsca po zegarze, na aksamitnej podkładce, leżał złoty zegarek kieszonkowy doktora Sikory z drugiego piętra. Nikt go nie ruszył.
– Może zadzwonić na policję? – zapytał Staszek. Pan Ignacy pokręcił głową. – Wolałbym najpierw pomyśleć. Nie chcę nikogo z sąsiadów oskarżać bez powodu. – To my pomyślimy – powiedziała Kalina i wyjęła z kieszeni kurtki mały notes w kratkę. Staszek, który od roku zapisywał numery rejestracyjne samochodów parkujących pod kamienicą, był do tego wprost stworzony. Zanotowali: czas zniknięcia między czternastą dziesięć a czternastą trzydzieści pięć. Zginął zegar i kwit. Złoty zegarek został. Okno otwarte, przeciąg.
Najpierw sprawdzili okno. Pracownia była na parterze, więc ktoś wysoki mógłby teoretycznie sięgnąć z podwórka do stołu. Pod oknem ciągnęła się jednak rabatka z nasturcjami, którą pan Ryś, dozorca, podlewał codziennie w południe. Ziemia była miękka i ciemna od wody, a na niej nie było ani jednego śladu buta, tylko ślady kota, który przeszedł tamtędy w poprzek. Nasturcje stały nietknięte, wyprostowane, z pomarańczowymi kwiatami jak małe lampki. – Czyli przez okno nikt nie wchodził – powiedział Staszek z pewnym rozczarowaniem, bo wersja z włamywaczem wspinającym się po rynnie bardzo mu się podobała. – Ktoś wszedł drzwiami – przytaknęła Kalina. – Z klatki schodowej. I wyszedł tak samo. Pan Ignacy westchnął i usiadł na swoim wysokim stołku. Przez chwilę bezradnie obracał w palcach pustą pęsetę, jakby zapomniał, do czego służy.
– Widziałem Mateusza z drugiego piętra – przypomniał sobie Staszek. – Jak wychodziliśmy po rowery, nie, jak wracaliśmy. Niósł po schodach wielkie kartonowe pudło. Poszli do niego od razu. Mateusz, student, który dorabiał jako kurier, otworzył drzwi w skarpetkach w paski i z kanapką w ręce. Kiedy zapytali o pudło, roześmiał się i wpuścił ich do przedpokoju. W kartonie była nowa lampa do biurka, jeszcze owinięta folią, razem z paragonem ze sklepu z godziną czternasta dwanaście. – Przyniosłem ją prosto z przystanku – wyjaśnił. – A na podwórku nikogo nie widziałem. Tylko jakąś niebieską hulajnogę opartą o trzepak. Ktoś ją zostawił, bo leżał na niej kask.
Na pierwszym piętrze, za drzwiami pani Doroty, nauczycielki gry na fortepianie, coś miarowo tykało. Staszek złapał Kalinę za rękaw. – Słyszysz? Tyka! – To metronom – szepnęła Kalina. – On zawsze tyka, kiedy pani Dorota ma ucznia. Mimo to zapukali. Pani Dorota otworzyła z rękami białymi od mąki, a z mieszkania pachniało wanilią. Przy pianinie siedziała mała dziewczynka i grała gamę, patrząc z nadzieją, czy lekcja się nie skończy. – Zegar? Nie, kochani, nic nie widziałam, od rana piekę tort dla pana Czesława. O szóstej całą kamienicą idziemy mu śpiewać sto lat. Jego córka przyjechała rano z synkiem, pomagają mu przygotować mieszkanie, bo sam już by nie dał rady z tyloma gośćmi.
Przez następną godzinę sprawdzali wszystko po kolei. Zajrzeli z panem Ignacym do piwnicy, czy przypadkiem nie zaniósł tam zegara razem z pudełkiem sprężyn. Nie zaniósł. Zapytali pana Rysia, który zamiatał podwórko, czy ktoś obcy wchodził do bramy. Pan Ryś odpowiedział, że cały dzień kręcą się tylko swoi, a od wpół do drugiej siedział w bramie i widziałby każdego. Staszek zanotował jeszcze, że niebieska hulajnoga ma na błotniku naklejkę z rakietą. Kalina nie była pewna, czy to ważne. Zapisała na wszelki wypadek.
Za pięć czwarta usiedli na schodach między pierwszym a drugim piętrem, żeby przejrzeć notatki. Klatka schodowa była chłodna i cicha, pachniało pastą do podłóg. Staszek podejrzewał, że Mateusz mógł kupić lampę tylko dla niepoznaki. Kalina nie odpowiadała. Patrzyła na punkt w notesie, który podkreśliła dwa razy: „Złoty zegarek został”. Złodziej, który wchodzi do pracowni zegarmistrza, bierze to, co najcenniejsze i najmniejsze. A tu ktoś wybrał duży, ciężki zegar z kopułą. I do tego zabrał kwit.
Wtedy z góry, zza zamkniętych drzwi, przyciszony przez ściany, doleciał dźwięk. Wysoki i niski. Ding-dong. Ding-dong. Ding-dong. Ding-dong. Cztery razy. Kalina poderwała się ze schodów tak szybko, że notes spadł jej na stopień niżej. – Słyszałeś? – Czwarta – powiedział Staszek. – Kościół? – Kościół bije jednym tonem i dużo głośniej. To był zegar pana Czesława. Dwa tony, wysoki i niski. Pan Ignacy mówił, że nie pomylisz go z żadnym innym. I dochodził z góry.
Kalina przez chwilę milczała, układając wszystko w głowie. Wróciła do notesu i przeczytała po kolei każdą linijkę, od pustego haczyka po naklejkę z rakietą. Wszystko, czego potrzebowała, było już zapisane. Brakowało tylko sprawdzenia. – Chodź po pana Ignacego – powiedziała. – Idziemy na trzecie piętro.
Drzwi mieszkania pana Czesława otworzył chłopiec w papierowej koronie, na oko ośmioletni, z plastrem na kolanie. Za nim, w pokoju pełnym balonów, na stole nakrytym białym obrusem stał mosiężny zegar z czterema kolumienkami i szklaną kopułą. Obok leżał kartonowy kwit z numerem czterdzieści siedem. – Dzień dobry! – zawołał chłopiec. – Ja jestem Bartek. Odebrałem zegar dla dziadka! Pana nie było, ale przecież pan obiecał, że w sobotę po południu będzie gotowy. A była sobota po południu. Zostawiłem panu kartkę na stole.
Z kuchni wyszła mama Bartka z fartuchem w ręku i zrobiła się czerwona jak burak. – Bartek, przecież mówiłam, żebyś poczekał, aż pójdziemy razem! Panie Ignacy, tak bardzo przepraszam. Wysłałam go tylko na podwórko z hulajnogą. Pan Czesław, który siedział w fotelu przy oknie, zaczął się śmiać tak serdecznie, że musiał zdjąć okulary i wytrzeć oczy. – Ignacy, stary druhu, pierwszy raz w życiu ktoś ukradł mi zegar po to, żeby mi go podarować.
W drodze na dół Staszek nie wytrzymał. – Skąd wiedziałaś? – Złodziej wziąłby złoty zegarek, a nie ciężki zegar z kopułą – zaczęła Kalina, licząc na palcach. – I nie brałby kwitu, bo po co mu kartka z cudzym nazwiskiem. Kwit zabiera ktoś, kto myśli, że odbiera swoją rzecz. Pan Ryś siedział w bramie, więc nikt obcy nie wchodził. Pani Dorota powiedziała, że rano przyjechał wnuk pana Czesława. Hulajnoga z kaskiem na podwórku była dziecięca, a Mateusz mówił, że ktoś ją zostawił w pośpiechu. Pan Ignacy obiecał panu Czesławowi zegar na sobotnie popołudnie. A o czwartej zegar wybił godzinę na górze. – A kartka? – Przeciąg – odparła Kalina.
W pracowni uklękła przy żeliwnym kaloryferze pod oknem i poświeciła latarką w wąską szparę. Między kurzem, starą zapałką i śrubką, której pan Ignacy szukał od marca, leżała złożona na pół kartka z zeszytu. Napisana zielonym flamastrem, wielkimi, trochę krzywymi literami: „Zabrałem zegar dziadka Czesława. Bardzo dziękuję! Mama zapłaci. Bartek”. Pan Ignacy przeczytał ją, pokiwał głową i przypiął pinezką na ścianie, tuż obok swojego dyplomu mistrzowskiego.
O szóstej cała kamienica zmieściła się jakimś cudem w mieszkaniu na trzecim piętrze. Pani Dorota przyniosła tort, Mateusz nową lampę, bo w pokoju było za ciemno na zdmuchiwanie świeczek, a pan Ryś bukiet floksów ze swojego ogródka za śmietnikiem. Dokładnie wtedy, gdy pan Czesław nabrał powietrza, mosiężny zegar wybił szóstą. Sześć razy wysoko i nisko. Wszyscy zamilkli, jakby zegar też śpiewał sto lat.
Późnym wieczorem Kalina zeszła jeszcze na chwilę do pracowni. Pan Ignacy nakręcał po kolei swoje zegary, jak robił to co wieczór od czterdziestu lat, i każdy dziękował mu cichym grzechotem sprężyny. – Dobra robota, pani detektyw – powiedział, nie odwracając się od półki. – Mam dla ciebie jutro zadanie. Ktoś mi schował śrubkę na pół roku za kaloryferem. Chciałbym wiedzieć, kto. Kalina parsknęła śmiechem i poszła na górę. Leżąc już w łóżku, słyszała przez podłogę tykanie z dołu, równe i spokojne jak oddech całej kamienicy, a gdzieś wysoko, na trzecim piętrze, zegar pana Czesława cicho wybił dziesiątą.
Źródło: https://www.tellomi.pl/bajki/opowiadanie-detektywistyczne-dla-dzieci
Kolejna bajka może być o Twoim dziecku
Zachowamy pomysł z „Zegar, który wybił czwartą” w kreatorze. Wybierzesz bohatera, a Tellomi napisze nową opowieść.
Tworzenie wymaga konta rodzica. Pierwsza bajka za 0 zł, bez karty.


